* dziura w dupie


Monstrualna Kurwa Stabilizacja
Nie, nie oszczędzamy. Kryzysu nie ma. Są raty, jest kredyt, benzyna tania, chleb i masło na półkach dostępne. Nie panikować. Tyle o debacie, w której biorę udział, by nie pozostać na marginesie.

Monstrualna Kurwa Stabilizacja gryzie Nas w kostki i wyraźnie to czujemy, choć zapewne w wielu przypadkach to Kot gryzie nas w kostki i się nam źle wydaje.

Mamy mieszkanie w ukochanej dzielni, mamy Guntera, który ze względu na swój niezawodny jedensiedem silnik w turbodizlu z Isuzu w ogóle nie przysparza nam problemów. Mamy konto oszczędnościowe cztery jebane procent, mamy komputer osobisty z dużą ilością pamięci operacyjnej, mamy aparat cyfrowy, karty wstępu na wszystkie baseny i siłki w Mieście, mamy Kota, który jest w jakimś sensie protezą potomstwa i probierzem (kocham słowo PROBIERZ) nadawalności się do rodzicielstwa, mamy plany kupna kolejnych ruchomości, mamy Marzec i wielkimi krokami się stabilizujemy.

Jeszcze pół roku temu, czyli że we Wrześniu - Październiku, gdyby ktoś nas zapytał, to w mordę byśmy dali. Dziś, gdy ktoś pyta, to jesteśmy grzeczni, wyważeni, spokojni, logiczni i rozsądni. Wyjechać jeszcze raz? Kurwa! Nie bluźnić! Rok w Mongolii...
- Dziesięć miesięcy - poprawia Pan Bez Kapelusza, sącząc wódkę Wyborową z sokiem pomarańczowym 100% i bujając się w zdecydowanie od nas starszym giętym fotelu, który przywieziony został dziś bladym świtem przez Ojca, który wpadł na kawę uderzając na Słowację - dziesięć miesięcy, to raptem kompletna ciąża z rozwiązaniem i ciut więcej. Nie przesadzaj.

Nie przesadzam. Dziesięć miesięcy, a nie rok. Ok. Dziesięć miesięcy w Mongolii robi swoje. Pół roku temu, po tym, jak już opadły emocje związane z powrotem, stwierdziliśmy, że rękę, nogę, prawą, lewą, oddać jesteśmy skłonni, by znowu wyjechać gdzieś fpizdu daleko i na fpizdu długo. Nie że na Wyspy (tfu!), nie że na arbajt, nie że dla euraczy brzydkich, lepkich, brukselsko - germańskich. Nie. Gdzieś fpizdu daleko. Korejapołudniowa, Czajna, Tajland, te rzeczy.

Rozwiązanie w Kwietniu. Daleko. Na rozwiązanie czekamy tym niecierpliwiej, że nie wiemy, jaka będzie przede wszystkim nasza decyzja. No i wiosna. Wiosna robi swoje. Na wiosnę piszemy najlepsze piosenki. Na wiosnę wszystko staje na hormonalnej głowie. Na wiosnę się kocha ludzi i ludzi nienawidzi, bo z nimi przeżyło się zimę i ma się ich dość. Na wiosnę życie dostaje pierdolca.

Mamy więc wątpliwości. Stabilizacja kontra destabilizacja. Kosmos wersus Kosmos. Zło wersus zło. Dobro wersus Dobro. Lord Wejder kontra Lord Wejder i Luk kontra Luk.

Wyjazd wiąże się z zostawieniem upragnionego kwadratu w ukochanej dzielni. Dzielni pełnej szerokich ulic, bezkresnych, krzywych chodników, pierdolnych trawników zasranych przez pierdolne psy, zamykanych o dziewiątej sklepów, gabinetów fryzjerskich z leciwymi fryzjerkami, tramwajów zapierdalających na Kombinat, blokhausów z cegły, dzielni pełnej kotów, gołębi, meneli lokalnych, dziuń, dziuninych absztyfikantów o licach gładkich a potylicach nagich, ulic pełnych drepczących Junaków, własnego lokalnego Urzędu Miasta, własnych piwiarni, własnego kina i teatru, basenu, klubu sportowego, wylotu na Bochnię i Tarnów z pominięciem Wieliczki, skupów złomu, widoku na Łęg, własnych błoń niekrakowskich.

Zostawilibyśmy mieszkanie kupione tylko i wyłącznie za piniondze Taty, który żyły se wypruwa a młodszy się nie robi. To też robi w głowę nielekko.

Zostawilibyśmy też Krakau cały żydomasoński z jego miliardem kościołów, dewot i dewotów, z krakusami wszystkimi śmierdzącymi krakusostwem, skąpstwem, konserwantami mentalnymi, z ich kurzem i gołębim łajnem, z przywiązaniem do plant, do Adasia i empiku, skarbonki, Bagateli, korkami na Alejach, kiepskim radiem lokalnym, Zakolem, Smokiem kurwa Wawelskim, umiłowaniem Alma Mater, bufonadą podyplomowych i doktoranckich studiów socjologiczno-kulturoznawczo-wszechintelektualnych i tak dalej. No tego akurat nam nie szkoda, bo i tak w starych okolicach to rzadko bywamy i niechętnie...

- Daa! - wtrąca coraz bardziej nakurwiony Bez Kapelusza. I się buja.

Zostawilibyśmy Kota. Tę Kurwę Jerychońską, tego Ćwoka Wszechssaczego.

Wykastrowalimy Kota.

- Proszę pana, a jak to się odbędzie? - zapytałem wnosząc Bydlę do gabinetu.
- A jak to jak? Normalnie. Bierę siekierkę i ciach, po jajcach. Co się pan głupio pyta?

Kot, zaraz po ostatnim wpisie, oszczał nam pościel. Oszczywał nam pościel już wcześniej i jakos to było, ale wtedy widocznie zawartość ładunku hormonalnego w moczu była juz tak duża, że organizm mój wyprodukował natychmiast przeciwhormony i wybuchnąłem prawdziwym gniewem. Czasami mam tak, że się wkurwiam, choć rzadko, do tego stopnia, że raczej nie panuję nad sobą i później, ochłonąwszy, żałuję. Widocznie mam skłonności. W każdem razie wybuchnąwszy skoczyłem za kotem, który jak tylko zorientował, że się zorientowałem, zaczął spierdalać. Po kilku sekundach szaleńczej pogoni po całym mieszkaniu dopadłem go na parapecie, chwyciłem zdecydowanie, zaniosłem na miejsce się poszczania i wtarłem go w poszczania efekt. Miauczał. Nie podobało mu się. Mnie też się nie podobało już chwilę później, ale cóż. Taka jego natura, że szcza, taka moja natura, że się najpierw wkurwiam, a później myślę. Kot spieprzył z miejsca poszczania się i w poszczania się efekt go wtarcia i schował za biurko. Biurko mamy duże, to miał się za co chować. Spędziłem ze dwie godziny leżąc z nim pod biurkiem, próbując go przeprosić jakoś za wtarcie go w efekt poszczania, choć najczulsze nawet słowa robią na kotach niewielkie wrażenie, jako że ich nie rozumieją. Taka już natura słów.

Tak, dokonałem surowej zemsty w zapalczywym gniewie. Żałuję. Przepraszam. Nie powinienem był. Histeryczne poetki ze stron o kotach mają nieco racji, że na kocie wcieranie go w jego własny mocz nie robi takiego wrażenia, jak na jamnikach wcieranie im pyska w jamniczy mocz. Nie kojarzą. Pamiętają.

- Wasz jamnik kojarzył i pamiętał jednocześnie. Kojarzył na tyle, żeby pamiętać - rzecze Bez Kapelusza, bujając się coraz śmielej.
- Owszem. Teraz zaś żyje pod ziemią i owczarek szczy na jego płytę nagrobną z piaskowca. - Ucinam dyskusję o jamniku jednocześnie pocierając blizny na łydkach.

W każdem razie, Kot nie ma jajec. Jeszcze za wcześnie, żeby wyciągać jakiekolwiek wnioski z zakresu kociej psychologii, czy choćby codziennej fijzologii, choć jak dzisiaj kupsko zapodał, to goszcząca akurat w naszych progach koleżanka prawie się porzygała...

Kota wykastrowalim, bo trzeba było. Marzec - nie ma jajec. Nie ma jajec z burzą hormonalną - jeszcze se coś uwidzi i będzie klops. Poza tym w kurniku, to co najwyżej jeden kogut i jeden kot na raz mogą być.

Kota zostawić, to jak zostawić dziecko trochę, choć daleki jestem od porównania bezpośredniego. Zostawić Kota, to jak uciąć se kutasa. Trochę.

Stabilizacja to telewizor elcede, wzmacniacz na raty, zespół ukochany, własna linia tramwajowa, własny Urząd Pocztowy, zakład pracy, pensja stabilna, niska, ale stała, własne plany, własne nawyki, własne garnki, własny ekspres do kawy, własne klucze, piwnica. W naszym wieku to wystarczy, żeby się poważnie zestabilizować. Wódka co tydzień z tym samym zestawem Znajomych. Cytrynka w wódce Wyborowej, wymiana doświadczeń o własnych Kotach, te same dowcipy, te same ploty, problemy, mebli ten sam ze szwedzkiego molocha komplet, te same taski w robocie, te same ścieżki na krzywych chodnikach wydeptane, te same ulubione knajpy z piwem, te same fobie o Kadłubach, te same niezrealizowane plany, te same strony, adresy mailowe, te same kapcie, wszystko takie samo na prostej drodze do kolejnych dziesiątek lat. Kusi. W Wielki Post kusi. Kolejny dowód, że Wielki Post zorganizowano specjalnie na Wiosnę, żeby kusił i testował. Fak. Wiem, że to wszystko niewiele i chuja warte, ale kusi. Kusi, żeby zostać tak bezpiecznie i się nie ruszać. Dla nas to i tak jest Monstrualna Stabilizacja, po tylu latach przeprowadzek, tułaczki zarobkowej, różnorodności mieszkań, gustów, zajęć, wymysłów, planów, problemów. Monstrualna Stabilizacja. Kolejna Męki Stacja. Kota Kastracja. Penetracja Na Wakacjach. Monstrualna Stabilizacja.

Pekin. Dublin. Ankara. Trzy czojsy. Trzy możliwości, każda inna. Fpizdu daleko, Araby niemyte, albo Wyspiarze niemyte. Wszystko kusi nieco. Wszystko ma sens. Albo lekko, lajtowo, z perspektywami, albo absolutnie krejzolsko, na maksa fpizdu. Daleko, długo, boleśnie, zajebiście.

- Czuję się poważnie najebany - mamrocze ledwo Bez Kapelusza zwinąwszy się w kłębek na bujanym fotelu.
- Bujaj się - odrzekam.
- Sam się bujaj.

Bujam się strasznie.
pan bez kapelusza to napisał 2009-03-13 00:23:53
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (31)
Drzwiczki i inne kurestewka
Drzwiczki.

Drzwiczki kojarzą mi się z innymi zdrobnieniami: łabądek, pieniążki, serduszko, sarenka, paciorek...

Dlaczego, do kurwy nędzy drzwi do samochodu przyjęło się nazywać drzwiczkami? Czy są małe? Czy są drobne? Nie, kurwa, nie są. Są zrobione z grubej blachy, ważą fpizdu i można sobie nimi całkiem poważnie przytrzasnąć kończynę. Jak sobie w dzieciństwie przytrzasnąłem palce drzwiami od malucha Mamy, gdy byliśmy z moją Chrzestną Matką i jej dziećmi na grzybach w podkieleckim lesie, to biadolono, ale niespecjalnie intensywnie, że przytrzasnąłem sobie rękę i to drzwiami. Nie rączkę i nie drzwiczkami. No, słowo "rączka" jest u nas w rodzinie dozowane dość ostrożnie, ale można było użyć słowa "paluszki", a nie użyto. Można było mówić o przytrzaskujących drzwiczkach od maluszka, ale nie mówiono. Drzwiczki, ze względu na sugerowaną filigranowość, czy pomniejszość w świecie zamknięć, kojarzą mi się wyłącznie z resorakami (jak nazywaliśmy modele samochodów) lub resorówkami (jak nazywano je w rodzinie Mojej Najdroższej Małżonki). Nigdy nie użyłem słowa "samochodzik" w stosunku do resoraka. Resorak to resorak. Jak już sobie przytrzasnąłem palce drzwiami od malucha Mamy w tym podkieleckim lesie (pięknie tam są lasy, Żeromski osobiście opisywał zachwyciwszy się nimi na wagarach), to byłem wkurwiony, bo biadolono niezbyt intensywnie i wyczułem u Mamy swej jak też u Matki Chrzestnej pewną złośliwość w głosach, że niby dobrze mi tak, bo niepotrzebnie się bawiłem zbyt drzwi blisko. U jednego z synów Matki Chrzestnej wyczułem w głosie wręcz tryumfalne podśmiewanie się z mojej pokrzywdzonej osoby i nie czekając zbyt długo przypierdoliłem mu swą sprawną ręką (nie rączką i nie piąstką) w brzuch, który zaraz potem okazał sie brzuszkiem. Syneczek Matki Chrzestnej miał brzuszek bolący i oczka zaciśnięte i to mnie jeszcze bardziej wkurwiło. Z resorakami to było tak, że jak miał otwierane drzwiczki, to był fpyte, w przeciwieństwie do resoraków bez drzwiczek. Bawiąc się w niekończące się pościgi można było od czasu do czasu zatrzymać samochód, otworzyć drzwiczki, wysiąść i trzasnąć drzwiczkami poprzez zrobienie "pdszsz". Mieliśmy z Bratem całkiem niekiepską kolekcję resoraków z Matchboxa i Majorette, bo Tata zakupił nam był ich sporo na jakimś zachodnim lotnisku wracając z Himalajów. Podejrzewam, że nie tyle specjalnie je nam kupił, żebyśmy się cieszyli, ale by zminimalizować wkurwienie Mamy z powodu długiego niebytu Ojca w domu, jak sobie na trekkingi z kolegami wyjeżdżał na pare miesięcy. Minimalizował to również duperelami z Indii i Nepalu, które oko cieszyły a i szyk zadawały, a z których z kolei cieszyła się wkurwiona Mama. Z tego wszystkiego pamiętam tyle, że wydawało mi się, że Taty lat parę nie było, jak już wracał. Dwójka wybitnie nieletnich synów pod opieką jednej tylko Mamy musiała zniecierpliwiać.

Enyłej, na drzwiczki natykam się i potykam o dość regularnie. Ostatnio wczoraj, gdy w zaciszu sraczyka (sraczyk można zdrabniać - orzeka bez się pierdolenia Bez Kapelusza) zacząłem czytać Mendozę i od razu w pierwszym rozdziale przyjebało drzwiczkami. Kurwa, czy istnieje jakaś pisana lub niepisana zasada w języku mym ojczystym, żeby nawet tłumacząc z języka obcego używać w stosunku do drzwi pojazdu kołowego zdrobnienia? Że jak drzwi są małe, to jednak drzwi, choćby do umysłu Malkowicza były wrótkami. Ale najbardziej pierdolne drzwi do samochodu, to zawsze drzwiczki, choćby rozmiarów bramy do przedwojennej nieruchomości były podobnymi. Dżizas Krajst, jakichże czasów chujowych pamięć o Tobie doczekała, że takie straszne rzeczy się dzieją z jezykiem?!

"- Błogosławieni Ci, co urządzają pokój.
 - Dlaczego właśnie oni?
 - Chodziło mu ogólnie o dekoratorów wnętrz."

Kot. Apdejt o faunie.
Kaizer Franz Iosif Mladko Radovan Goebbels Dziwka Ćwok Popruk Owoc Grzechu Rozpusty śpi sobie słodko na mojej torbie. Tak już ma, futro owo, że wystarczy położyć torbę, plecak, reklamówkę, a sierściuch już się na niej rozkłada i zasypia, albo liże odbyt. Teraz, z odbytem należycie wylizanym, zasnął. Zrzucił na podłogę w kuchni wszystko, co podejrzewał o wydanie ciekawego efektu akustycznego lub przynajmniej w drobny mak rozpieprzenie się przy upadku i zapadł w dwugodzinną drzemkę. Nie wymęczyłem go dzisiaj należycie, więc pewnie wstanie w środku nocy i zacznie polować na palce i pięty spod kołdry Państwa wystające. W związku z tym dzisiejszą noc spędzi poza sypialnią. W związku z kolei z tym, zrzuci wszystko pozostałe. Mikrokaktusy z Ikei zakupione po ostatniej wypłacie już po razie zrzucił, toteż stoją wyżej, niż by chciał. Ale na pewno coś znajdzie. Klucze przezornie od razu położyłem na dywanie. Ale na pewno zapomniałem schować którejś zapalniczki, łyżeczki, widelca, korka od butelki albo soku, które zabrzmią gdzieś o trzeciej.
- Kapsla od piwa żeś nie schował  - dodaje Bez Kapelusza - i wywyrtki, i zakrętki nazad na musztardzie żeś nie umieścił. Ponadto siateczka foliowa, za którą żeś słono zapłacil w Kefirku leży wystawiona na Bydlęcia pazury i miskę Ów ma pustą, bo zeżarł był już wszystko. Miski puste rezonują doskonale, gdy się nimi szura o kafelki.
Pan bez kapelusza zna się lepiej, niż ja, bo do roboty chodzić nie musi. Siedzi całymi dniami i się z Kotem bawi. A kulkę gnoju ja toczyć muszę i Małżonka Moja Najdroższa. Jak nas nie ma, to na youporn siedzi i azjatyckie amatorki w stopy jebane ogląda.

Nie mamy serca wykastrować tego bydlęcia (Kota, a nie Bez Kapelusza), choć wmawiamy sobie, że nie mamy czasu albo piniędzy. Marzec nieuchronnie nadszedł i Kaizer Franz Iosif Mladko Radovan Goebbels Dziwka Ćwok Popruk Owoc Grzechu Rozpusty już przyzauważył inne koty na podwórku. Jako że obecnie, dzięki nieocenionej pomocy finansowej Taty, mieszkamy na pierwszym piętrze, z którego okien rozpościera się niekiepski widok na ogródek pod blokiem, Kaizer Franz Iosif Mladko Radovan Goebbels Dziwka Ćwok Popruk Owoc Grzechu Rozpusty nie marnuje okazji, żeby wypatrywać innych kotów szlajających się i dupczących w zasięgu jego wzroku. Juz miauczy z zazdrości. Nie chcielibyśmy, żeby poczuł się zagrożony na swoim terenie i postanowił coś z tym zrobić przy pomocy tych swoich wydzielin. Oj nie. No ale żeby go detestyklować od razu...

Od ostatniego wpisu niemało uległo zmianie. Urosła mi skorupa żuka gnojnika i toczę moją korporacyjną kulkę gnoju z coraz większą ochotą. Kupiliśmy mieszkanie (nie gratulować, jeszcze się nie zameldowaliśmy), nadaliśmy z pięćdzieśiąt osiem nowych imiot Bydlęciu, wydałem ze dwie pensje na instrumenty i sprzęt, przesiedziałem ze cztery w sumie tygodnie na zwolnieniu, zniszczyłem sobie doszczętnie kręgosłup, rehabilitowałem sobie kręgosłup, byłem raz u fryzjerki, raz na basenie, bo rehabilitacja wymaga, ale gdy pławię się, to mam uczucie, że zaraz zaatakuje mnie jakiś kadłub, przeniosłem ze trzy tony mebli, zamontowałem kablówkie cyfrową, nie obejrzałem "Katynia", wymieniłem olej w Gunterze, kupiłem kask na rower i wypiłem ze czterysta osiemdziesiąt pięć kaw z ekspresu.

Drzwiczek nie zdzierżę. To trochę tak, jakby nazwać kota kotkiem. Nie pasuje. Kot od małego jest kotem. Wielkim, tłustym, padlinożernym, wszędobylskim i wszystkojebnym, bezwzględnym, okrutnym, przeinteligentnym i przegłupkowatym jednocześnie, wyrafinowanym Johnem Malkovichem, Garym Oldmanem, Christopherem Walkenem, Harveyem Keitelem, kurwa, a co tam - Lesem Claypoolem świata zwierząt. Sekretarzem Generalnym Komitetu Centralnego Wszechświatowego Zjednoczenia Skurwysyństwa Fauny. Włochatym psikusem Pana Boga wymierzonym przeciwko mojemu spokojowi snu nocnego.

To ja jeszcze jeden cycat zapodam na koniec. Z Mendozy. Lubię Mendozę, bo oprócz oczywistych przymiotów ma również i tę zaletę, że nie wszyscy kojarzą spaniardskie nazwisko z odpowiednią postacią i mówiąc o Mendozie można w pewnych kręgach sprawiać wrażenie, że wszystkie obowiązkowe pozycje spaniardskojęzycznej literatury się już ma za sobą i teraz w rzeczy mniej znane, a więc bardziej że ezoteryczne się zagłębia.

"Wyczułem, że niebezpieczeństwo krąży w pobliżu i na wszelki wypadek postanowiłem mieć się na baczności, choć doświadczenie nauczyło mnie, że mienie się na baczności polega zwykle na przybraniu przebiegłego wyrazu twarzy i pogodzeniu się z góry z tym, co nieuchronne."

Zło właśnie się obudziło z drzemki. Znalazło już m. in. rutinoscorbin zostawiony na zbyt niskiej półce. Jutro będę go szukał po kątach. Łypie na mnie. Kusi mnie, w Wielki Post mnie kusi, chce, żebym przegrał z samym sobą i skręcił mu kark. Kusi. Ja pierdolę. Kot to czyste zło. A przynajmniej zło o czystym odbycie.
pan bez kapelusza to napisał 2009-03-04 01:06:58
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (6)
Franz!

Czy jeszcze wam się nie znudziło, kurwa w dupę mać,

Jeszcze w waszym wieku solówki grać?


Ano ni chuja. Mentalny kapelusz już się posypał i z ronda nic nie zostało, ino przed słońcem na szczycie pustej głowy conieco. Co w życiu przeżyję, to w duchu się podwaja. Czuję się panem bez kapelusza w wieku co najmniej średnim.

Kot nie ma imienia. Stwierdziłem, że można mu spokojnie nadać jedno za każdy przeleciany kilka tygodni temu metr, kiedy to kocięciem będąc, wypadł z balkonu, podczas gdy Państwo Bez Kapelusza spali mocno podchmieleni przy otwartych drzwiach, bo wszak było gorąco w sposób typowy dla małopolskiego lata podgrzewanego dodatkowo przez globalne ocieplenie, którego panicznie boi się moja Babcia i tak już chyląca się pod ciężarem wszystkich jej urojonych cielesnych niedociągnięć nad dawno zarezerwowanym i wykupionym na sto lat grobem.

Enyłej, kotu nadaliśmy już z dziesięć imion i żadne się nie przyjęło. Ostatnio poprawiły się nieco stosunki na linii kot – człowiek i przestałem do niego krzyczeć „Ty dziwko!” (a ma to swoje uzasadnienie, o czym, o ile nie zapomnę – poniżej). Zacząłem do niego mówić per Franz!. To z kolei ma uzasadnienie w sentymencie do Franza ze Psuf, który wykiełkował we mnie zupełnie niedawno, kiedy to zatęskniłem za Ułan Bator. W Ułan Bator bowiem mieliśmy koleżankę, która namiętnie, pasjami wręcz oglądała Pasikowskiego i Franza kochała miłością bezgraniczną i nieuznającą kompromisów. Tak też zrodził się sentyment do Franza!, bo ostatnio Psy obejrzeliśmy w Ułan Bator. Franz! Jest kochanym zwierzęciem, o ile nie zachce mu się przez złośliwość obszczać mojego chińskiego, ale zakupionego w Ułan Bator plecaczka lub, co gorsza, pościeli. Dotychczas uznawałem wszystkich posiadaczy kotów za psychopatycznych dewiantów, a przynajmniej socjopatów bez życiowego celu jako protezę nieistniejącego partnera fundujących sobie kota i z tego miejsca chciałem właśnie pochylić głowę i wszystkie te osoby serdecznie przeprosić za moją niesłuszną postawę, przyznać się do niewiedzy o życiu, bycia faszystą, ignorantem, skurwysynem bez duszy i jeśli można, to chciałbym jakoś zadośćuczynić. Nie wiedziałem, co czynię. Błagam o litość. Kot jest stworzeniem fpyte!

Nie wiem, czy Franz! (wykrzyknik obowiązkowo) się przyjmie, ale przynajmniej nie został bezwzględnie zbojkotowany jak Goebbels. Z Goebbelsem to było tak, że cholernie mi pasuje to imię i nie ma nic wspólnego z postacią historyczną i do tejże jakiejkolwiek sympatii. Po prostu wołać na Kota Goebbels! mi pasowało.

Orajt. O kocie basta. No może jeszcze tyle tylko, że upadek nie wyszedł mu na zdrowie, choć nie wyszedł mu na zdrowia brak jakiś szczególny. No ogon już nigdy nie będzie, jak dawniej, bo tylko trzy czwarte staje na sztorc, ale cóż... z szóstego piętra to mało kto przeżyje, więc szacun!

Podjarałem się na Kultu koncert, bo ostatnio to laaata temu straszne w deszczu na juwe-kurwa-naliach ich widziałem. Przez ten czas Staszewskiemu głos obniżył się o jakieś cztery oktawy i ów brzmi już jak by się z Kanibal Korps urwał, a przynajmniej z Waitsa chórków, co mu się ceni i czas w sali zamkniętej go usłyszeć, dziada starego, pierdziela, bo kochany i jeszcze mądrzejszy. Poza tym Kult przeżywa u mnie prawdziwy riwajwal, słucham całości falami, że aż trzeszczy i słucham coraz dokładniej. A w ogóle to Goehs to rozkurwiający perkusista i chcę go jeszcze raz zobaczyć i posłuchać z uwagą, zanim dziad umrze. Yh.

Podjarałem się ostatnio również na kupno dwuizbowej chaty z drewna między Bochnią i Brzeskiem za grosze do remontu, bo jak być krejzi, to nie tylko w kwestii spontanicznego upicia się i potańczenia... Ale coś mi się widzi, że dupa z tego będzie, bo Ona Bez Kapelusza oponuje. Kurwa, zawsze chciałem mieć dwuizbową chatę z sienią i piecem. Ze strychem. I studnię, której bym się panicznie bał. Boję się studni, odkąd obejrzałem Krąg. Boję się też czerwonego światła i przyglądania się zdjęciom, odkąd oglądałem Shutter i boję się lotu w kosmos, odkąd obejrzałem Obcego. No i sram na widok wody, odkąd obejrzałem Po tragedii Posejdona. Masssaaaakra! Myślę, że zacznę się również bać Abby, jeśli obejrzę Mamma mia!, choć do Abby póki co nic nie mam i na film mam ogromną ochotę. Tak, wiem, że jest zajebisty.

Poza tym upewniam się w przekonaniu, że mimo braku genetycznych skłonności, zostanę wkrótce paranoikiem. Mam swoje racje. Biedne będą Dziatki Bez Kapelusza, bo po ojcu pewnie zostanie im absolutna, ultimejtna niewiara i zwątpienie.

A i jeszcze o kocie.

Ostatnio zaczęliśmy eksperymentować z narkotykami. Zaczęliśmy od niewielkich porcji walerianki, ale już widzę, że się znieczulił i trzeba zwiększyć dawkę. Rozmyślam też nad kocimiętką w karmie. Póki co za pomocą walerianki osiągnęliśmy absolutną miłość do znienawidzonego wcześniej kojca. Kot śpi w nim nawet, gdy powinien biegać. Yh. W tym momencie akurat uwalił się na kupie nieświeżej bielizny, jaką gromadzę na fotelu, ale jestem pewien, że gdy tylko pójdę spać, to on przyjdzie, położy się w nogach i zacznie toaletę śródnocną. I skurwysyn nie przestanie, dopóki go nie wypieprzę za drzwi, gdzie po cichu, jednak wystarczająco donośnie zacznie wylizywać sobie odbyt i obaj będziemy wiedzieli, że to on wygrał, a ja nie zasnę tak do czwartej, kiedy to wyjeżdżające na trasę tramwaje nie zaczną odbijać turkotu echem w śpiącym jeszcze labiryncie ceglanych bloków i chuj mnie strzeli, a nie zasnę do świtu i będę przeklinał siebie samego za zbyt późne spać się położenie, za pijaństwo, wypalenie o jednego papierosa (skręty ostatnio palę, bo taniej) za dużo, o zasiedzenie się przed ekranem i zwyczajowe problemy ze wstawaniem przed południem.

Kot to mądre zwierzę. Jest lepszym strategiem niż velociraptor i Obcy. I większym skurwysynem niż Goebbels. I większym samcem (o ile nie jest kotką), niż Franz, bo Franz nie umiałby sięgnąć sobie do dupy językiem. Choć pewnie Kot nie umiałby z Kałasznikowa tak spektakularnie rozjebać Ola, bo ów pierdoli jego kobietę...


pan bez kapelusza to napisał 2008-10-24 01:33:50
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (11)
Jest kurwa niemiło.
Uch, zrazu nienawidzę ów nowy interfejs, co jest odmieniony w czasie jak mnie nie było. Pan bez kapelusza jest tu z powrotem, jednak nie znaczy to, że to ten sam pan bez tego samego kapelusza. Żeby nie było, że nie mówiłem.

Otóż wczorajszej nocy napisałem tekst, który przez Kochanego Mego Przyjaciela Pana Muchomora został nazwany narodowym w formie a socjalistycznym w treści. Nie wiem jeszcze, czy się martwić, czy cieszyć, bo tekst do pankowej naszej wspólnej heretyckiej przedsiębiorczości miał być przypisany.

Jestem faszystą. Jestem strasznym faszystą. Nie wiem jeszcze, czy się martwić, czy się cieszyć, a nie jest to wcale takie oczywiste.

Poszedłem na piwo z przyjaciółmi. Z jedynym oddziałem przyjaciół, jacy mi zostali w tym strasznym mieście. Miało być miło, wszak nie mam pieniędzy, nie mam zdrowia dobrego, nie mam chęci jakiejś największej z ludźmi się zadawać. Mam jedynie ochotę produkować i obcować z rzeczywistością mojego (naszego) Kota, która to rzeczywistość jest godna obcowania z. Kot to zupełnie inny świat. Kot jest masakra. Kot budzi mnie o czwartej, piątej powiedzmy, nad ranem, gdy świt wstaje i kładzie mi łapę na twarzy. Wsadza mi wąsy w oczodoły, wibruje po kociemu i udaje, że się mną interesuje. Jak się już obudzę, to widzę Kota siedzącego tuż przy mojej głowie. Jak tylko zasnę z powrotem, Kot dobiera się do moich oczodołów. Za to go również kocham(y).

Enyłej, poszedłem na piwo. Oczywiście tramwaj numer cztery (kurwa jego komunikacyjna mać!) mi uciekł i zmuszony byłem stać w ni to deszczu, ni to bezdeszczu, na Placu Reagana (kto wie, gdzie jest Plac Reagana w Krakau?). Zaczepiło mnie kilkoro ludzi udających się na drugi z trzech koncertów Kraftwerk w Kombinacie z prośbą o kierunek na przystanek Kombinat oraz jeden z dwóch pijanych osobników, którzy toczyli się akurat przez ów Plac Reagana. Już wcześniej wiedziałem, że się spóźnię, więc wyszedłem zawczasu, by móc jeszcze po drodze wybrać ostatnie możliwe pieniądze z konta i się nie spóźnić. Chwilowo do wypłaty w piątek mam złotych pięć. I Kota. Kotu kupiłem jedzenie, ale przy jego trybie życiowo - odżywczym starczy najwyżej na dwie doby. Jest nienajlepiej.

Na piwie tam, gdzie zwykle, czyli że na Stolarskiej po lewej się spotkaliśmy. Jak zwykle my, samce, pierdoliliśmy do trzeciego piwa o tym samym, czyli o tym, który z elementów naszego życia świadczy najlepiej o naszym zdziadzieniu i postarzeniu, dyskutowaliśmy o turbodizlach kombi, jakie chcielibyśmy mieć, o Jeremym Clarksonie, o Prattchetcie, o jebanych angolach przewalających się po pijaku po Stolarskiej itd. Od czwartego piwa wzwyż pierdoliliśmy o filozofii istnienia, o Kościele Katolickim, o Prawie Naturalnym i o losach naszej nieszczęsnej cywilizacji. O czym pierdoliły nasze towarzyszki - tego nie wiem. Enyłej, gdzieś w środku czwartego piwa oczywiście wystrzeliłem z czymś radykalnym i nieodpowiednim na temat naszej kochanej wyspiarskiej emigracji zarobkowej, przy czym w obecności dwojga młodych ludzi, którzy z pewnością są przedstawicielami owej naszej kochanej wyspiarskiej emigracji zarobkowej, nie było to na miejscu i zapadła długa, krępująca cisza, po której stwierdziłem, że jestem faszystą po raz pierwszy.

Jąwszy się tłumaczyć gęsto i nieporadnie, jak to bywa w momencie opróżniania czwartego kufla, zakopałem się ze swoimi arcykrytycznymi i niepoprawnymi uwagami jeszcze głębiej. Moja Najdroższa Małżonka stwierdziłaby na pewno, że jestem pijany i żebym przestał pieprzyć. Ale jej nie było, wobec czego brnąłem głębiej i dalej.

Na szczęście dyskusja zeszła na poważniejsze tematy i wtedy wyszedłem jedynie na arcykonserwatywnego katolika broniącego księży przed słusznymi oskarżeniami o nieskromność, rozrzutny tryb życia i pedofilę dokumentowaną przez sądowe akta.

Po czwartym piwie stwierdziłem, że moja dalsza obecność w lokalu jedynie pogłębi moją towarzyską samotność i opuściłem lokal udając się na przystanek nocnego autobusu.

Jak tylko wsiadłem i oparłem się bezpiecznie o ścianę naprzeciwko wejścia, przypieprzyło się tych trzech skurwysynów po raz pierwszy.

Byli młodzieńcami w wieku studenckim, choć nie posądzałbym ich o studiowanie. Tu okazałem się faszystą po raz drugi.

Najwyższy z nich jął się do mnie dopierdalać, więc przyjąłem postawę strusią i wyjmując słuchawki z uszu schowałem głowę w piasek pytając owego młodzieńca moim pięknym amerykańskim, o co mu chodzi, bo ja nie rozumiem po polsku.

Ileż było ubawu w gronie młodzieńców! Inglish? Dżapan? Ruski? HAHAHAHAHA! Ależ było wesoło. Prawie w całym autobusie.

Młodzieńcy odpuścili, choć tylko mnie. W ciągu kilkudziesięciu kolejnych minut, bo tyle jedzie nieszczęsne sześcset osiem na Reagana, zaczepili kolejno absolutnie wszystkie osoby w autobusie. Wszystkie. Do tych, co mieli długie włosy dopierdalali się o długie włosy, a do tych, co długich włosów nie mieli dopierdalali się o kwestię lojalności wobec któregoś z krakauerskich klubów piłkarskich, przy czym doświadczeni pasażerowie nocnych nie dawali się sprowokować i jakoś dawali odpór młodzieńczym zaczepkom. Wbijając głowę w piasek głębiej i głębiej cofałem się wraz z co bardziej młodymi i długowłosymi pasażerami ku tyłowi autobusu, przy czym młodzieńcy owi zaczepni zagadywali mnie jeszcze ze trzy razy, bo oni też postępowali ku tyłowi, by przepytać wszystkich pasażerów o to, co jest kurwa! Za każdym razem mieli zdrowy ubaw, dowiadując się, że ja nie bardzo po polsku umiem i nie rozumiem, co jest kurwa!

Usiadłszy wreszcie na samym końcu długo myślałem nad swoją obywatelską powinnością. Po grymasach moich współpasażerów widziałem, że nie byłem jedynym spośród tak z osiemdziesięciorga nas wszystkich, który się zastanawiał. Wszyscy jednak byliśmy zesrani. No może z wyjątkiem jednej podpitej pani, która własną piersią broniła swojego nietrzeźwego konkubenta przed dosadnie zwerbalizowanym niebezpieczeństwem grożącym temu ostatniemu ze strony podkurwionych młodzieńców. Wtedy okazałem się faszystą po raz trzeci tego wieczora.

W końcu, mając immunitet osoby nie mówiącej po polsku, a więc nie wiedzącej, co jest kurwa, zadzwoniłem na policję i jąłem im całkiem po polsku streszczać sytuację nalegając, by chociaż podstawili jedną z wielu szwędających się po Hucie suk celem pokazania owym młodzieńcom, że Służba czuwa. No ale mimo, że zgłoszenie zostało przyjęte i moje nazwisko zapisane, jakoś się nikt nie pojawił do czasu, jak wysiadłem. Młodzieńcy pojechali dalej. I wtedy, pełen wkurwienia na samego siebie okazałem się faszystą po raz czwarty. Stwierdziłem, że choć moja postura i kondycja fizyczna nie spełnia wymagań samotnego mściciela czy pogromcy młodych nocnych autobusowych skurwysynów, to powinno istnieć prawo, które takich młodych skurwysynów za mordy, za jajka, za uszy, nozdrza, powieki, wywlecze z tych nocnych autobusów, zwiąże ręce za plecami, porazi paralizatorem w ich młodzieńcze jajka, mordy, uszy, nozdrza, powieki, obedrze z kurteczek, wpierdoli, potnie palce, powieki, rozetnie (niczym mistrz Polański!) nozdrza, powieki, pogruchocze kostki, połamie kolana, wyrucha tonfami, przywiąże do latarni niczym Daredevil w moim ulubionym komiksie, pozwoli na nich szczać  i spluwać, upokorzy, poniży, zostawi na całą nowohucką, o pustych ulicach mżącą noc i przyjdzie rano się upewnić, czy skurwysyny zdechły. I bez dochodzenia, sądu, orzekania kary. Ale niestety, takie klocki, to tylko jeszcze w Americe.

Enyłej, jestem faszystą. Mam chujowe poglądy, nie czytam książek, z wyjątkiem dwóch, plus Pratchetta, spędzam noce na internecie, odżywiam się źle, tylko bym grał na gitarze, okłamuję ludzi, mam się za lepszego od innych, mądrzejszego, ładniejszego, bardziej wygadanego, dowcipnego, nie mam za grosz poczucia obowiązku, wyrażam krzywdzące opinie myśląc, że tworzę historię myśli, zaniedbuję higienę osobistą, mocny jestem w gębie i straszna ze mnie w gruncie rzeczy cipa Bez kapelusza.

Powyższa historia może i nie do końca to wszystko udowadnia, ale któż wie lepiej, niż sam Bez Kapelusza, który się nie myli?





pan bez kapelusza to napisał 2008-09-21 03:29:05
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (6)
Ha!
Haha!
pan bez kapelusza to napisał 2008-09-04 08:56:21
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (2)
...
Ulaanbaatar jest przebrzydkie, ale nam sie podoba. Gdzie jest pan bez kapelusza? Ano se prosze klikac w link po prawej stronie. U jaka jest.
pan bez kapelusza to napisał 2007-10-17 05:34:32
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (6)
Za jakieś...
...półtora tygodnia lecimy. Dość daleko.
Nie, nie do Brytoli, obiecaliśmy bowiem Matce Boskiej w uroczystym ślubowaniu, że tam nasza noga nie stanie, póki te kilka pokoleń Rodaków się nie zasymiluje na dobre. Matka Boska w uroczystym ślubowaniu obiecała nam zaś, że da znać, jak się na dobre zasymilują.

Lecimy w okolice, w których dużo łatwiej o jogurt z kobylego mleka, niż o filiżankę kawy.
Stąd myślami jesteśmy już między innymi przy jaku - patrz link po prawej.

Lecimy bynajmniej nie na wycieczkę, a przynajmniej niektórzy z nas. Inna część niektórych z nas zaś potraktuje wyjazd jako wycieczkę wyłącznie.

Problemem okazuje się niespodziewanie transport ukochanego instrumentu. Limity bagażowe narodowego przewoźnika naszego wspaniałego wschodniego niemal-sąsiada i ogólne tegoż przepisy dotyczące przewozu dóbr ruchomych pojazdami latającymi cięższymi od powietrza twierdzą bowiem, że aby przewieźć ukochany instrument o osiem godzin różnicy w czasie lokalnym do przodu, należy dla wspomnianego już ukochanego instrumentu wykupić osobny bilet w kabinie dla pasażerów, co pozwoli zachować dla niego specjalne siedzenie z pasami na czas startu, lądowania oraz przewidzianych i nieprzewidzianych turbulencji, kamizelką ratunkową na wypadek wodowania (tereny na trasie naszego przelotu raczej uniemożliwiają wodowanie, ale któż by się nie cieszył z kamizelki ratunkowej!), maską tlenową na wypadek dekompresji oraz prawdopodobnie darmowym drinkiem, a już na pewno kocykiem, poduszką i torebką na wymiociny, albo go wysłać jako bagaż rejestrowany, co zakończy się dla niego niewątpliwą śmiercią przez zmiażdżenie tudzież połamanie. Specjalnie do lotów transkontynentalnych przystosowany futerał kosztuje bowiem więcej, niż wart jest ukochany instrument, ponieważ instrument jest ukochany, a nie jakoś specjalnie bezcenny, a futerał nie przystosowany do takich warunków jest do dupy, bo kosztuje niewiele mniej, a łamie się i ulega zmiażdżeniu równie łatwo, co pozornie chroniony w nim instrument, który nie jest jednak wystarczająco ukochany, żeby ryzykować dla niego kilkaset złotych na zmiażdżalny futerał, jednak jest ukochany wystarczająco, żeby go nie próbować byle jak przewieźć i poddać pod działanie niewątpliwie niszczących sił rąk ludzkich i wytworu rąk ludzkich, jakim jest przestrzeń ładunkowa airbusa A320 oraz tupolewa Tu154.

Wskutek powyższego, będziemy musieli chyba przemycić ukochany instrument do kabiny pasażerskiej i udawać, że jest on niezbędnym sprzętem inwalidzkim, jedzeniem dla dziecka, płaszczem, kocem, parasolem, laptopem, aparatem lub kamerą, czasopismem, kosmetyczką zawierającą nieciśnieniowe pojemniki, nie większe w dodatku niż 100 ml lub poduszką.

Mimo to, i tak się cieszymi i już nas w brzuszkach mrowi...

pan bez kapelusza to napisał 2007-08-25 12:43:20
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (5)
...
Magister bez kapelusza.

pan bez kapelusza to napisał 2007-07-17 11:19:24
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (8)
Otóż...
...okazuje się, że pisząc pracę magisterską da się jednocześnie oglądać filmy bez strat znacznych dla żadnej z tych czynności, a wręcz z pożytkiem obustronnym. Lewym okiem należy dyskretnie zezować na odpowiednio odlegle usytułowany odbiornik telewizyjny nastrojony na kanał filmowy (najlepiej TCM, choć C+ Film też się nada, gorzej z nadawcami ogólnodostępnymi) jednocześnie wyostrzając lewe ucho na odbiór dźwięku, prawe oko zaś ostrząc na monitor komputera. Zupełnie nie wiemy, jak sprawa przedstawia się w wypadku zamiany stron, ale pan bez kapelusza już zapowiedział, że osobiście poprowadzi badania w tej materyi.

Dwa dni spędzone w rodzinnym domu w doborowym towarzystwie ciszy i spokoju oraz z rzadka popierdującego, starawego, stetryczałego i leniwego owczarka niemieckiego przy zdecydowanym braku głowy rodziny i tegoż małżonki to najwspanialszy okres w życiu wspomnianej mej dysertacji. Tato, biorąc Mamę pod pachę i jadąc hen, daleko na północ w celu wykonywania obowiązków ojca chrzestnego w czasie pewnego ślubu sprawił nam niezwykły prezent na własny Dzień Ojca. Rozłożywszy się wygodnie przy stole i zakasawszy i tak krótkie z powodu temperatur panujących w przyrodzie rękawy jęliśmy napieprzać w pozornie tylko delikatną klawiaturę komputera (tu brawa dla panów dizajnerów za solidny projekt solidnej klawiatury!) przy akompaniamencie przerzucanych kart nowozakupionego Słownika Etymologicznego Wiesława Borysia (tu brawa dla Wiesława Borysia za solidną redakcję wspomnianego słownika!). I wyłącznie brak trzeciej ręki spowodował, że nie ocieraliśmy czół swych ociekających potem wyciskanym z organizmów wysiłkiem tytanicznym.

A w tle w tym czasie przeleciały (bez zachowania porządku chronologicznego): Pan i Pani Smith, Ulica Nabrzeżna (a może Przybrzeżna?), Casablanca (monochromatyczna), Legenda Zorro, pół Doktora Żywago, pierwsza ćwierć Sklepu na rogu (a może za rogiem?), Jarhead, kawałek pierwszej Lolity, coś z Stevenem Seagalem, Dom latających sztyletów i inne mniejsze lub większe dzieła kinematografii. Niepoliczalna jest natomiast liczba odcinków seriali, jakie w tym czasie przewinęły się na innych kanałach, tym zaś bardziej na tych, do których dostępu nie posiada dom rodzinny!

O dziwo, dysertacja powiększyła się w tym czasie dość znacznie.

- Ma pan szczęście - mówi bez kapelusza - że w pańskich szanownych rodziców domu nie ma dostępu do Polsatu, bo obejrzałby pan więcej filmów, co mogłoby się skończyć wręcz napisaniem całej pracy, do końca, a kto wie, może poszedłby pan dalej i zaczął doktorat pisać! Tego zaś nie chcemy, bo nie jest pan wystarczająco emocjonalnie dojrzały do dźwigania takiego ciężaru i odpowiedzialności!
Zresztą, ważność pańskiego paszportu Polsatu już wygasła, więc może niepotrzebnie się niepokoję...

W każdym razie przyjechał Tato z Mamą i rewelacyjne warunki do dysertowania się skończyły, owczarek zanieczyścił powietrze ze szczęścia, że aż w oczy gryzło i nijak nie dało się więcej ulżyć swojej intelektualnej huci, wskutek czego wróciliśmy rano do Dawnej Polaków Stolicy celem poszukiwania idealnych warunków na miejscu. Tu jednak nie mamy dostępu do tak szerokiego wachlarza kanałów filmowych i co najwyżej okruchy losu możemy w środę (a może we wtorek?) obejrzeć. A przy okruchach losu pracować się nie da. Na nic podzielność uwagi, za duże promieniowanie uczuć i emocji przemaga i człowiek nie jest w stanie się nie wciągnąć...

Yh.
Eh.

pan bez kapelusza to napisał 2007-06-25 14:34:47
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (3)
Gdyby mnie tu nie było...
...to mogę być TU udzielając się jako donosiciel...
pan bez kapelusza to napisał 2007-06-07 02:26:50
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (2)
Koncentrat cytrynowy ratuje Świat
Koncentrat cytrynowy uratował Świat przed zagładą.

Dwa tygodnie po kawalerskim wieczorze z poprzedniej notki udaliśmy się na wieczór ślubno-weselny do byłego już kawalera. I musimy przyznać, że cytrynka w postaci koncentratu działa. Dolana bezpośrednio do wódeczki zapobiega tragicznym skutkom picia tejże. Obudziwszy się około dziesiątej stwierdziliśmy brak kaca. Tak też było, gdy dwa tygodnie temu u kawalera ówczesnego łojono żytnią właśnie z "cytrynką" i pomimo strasznego pijaństwa pozostaliśmy przy życiu, ba!, nawet na rolki się wybraliśmy.

Były już kawaler obiecał był przygotować specjalnie dla wąskiego grona wtajemniczonych nieco żytniej jako odskocznię od popularnej ziemniaczanej i stanął na wysokości zadania ową żytnią przygotowując rzeczywiście. Mało tego - ojciec byłego kawalera zakupił specjalnie do żytniej dużo cytrynki, choć anonsowaliśmy przybycie z własnym zapasem.

No i działa.
Niestety działa, bo dodało nam to pewności siebie i w kilka godzin po reaktywacji organizmów wsiedliśmy w samochody i motory zapuściwszy pewnie, acz powoli podążyliśmy do domów. Zawartość alkoholu we krwi musiała przekraczać dopuszczalne poziomy i niewątpliwie badanie alkomatem skończyłoby się odebraniem prawa jazdy, albo czymś jeszcze gorszym, ale się nie skończyło, bo badania nie było. Tragicznych skutków spożycia również, nawet na dalekim horyzoncie widać nie było.

Ale po spożyciu nie jeździmy, tzn. bezpośrednio po spożyciu. No i tak bezpośrednio po reaktywacji również. A w południe jeszcześmy jedli przed wyjazdem, więc nie można mówić o bezpośredniości następstwa reaktywacji i jazdy. Aż tak głupi nie jesteśmy, żeby twierdzić, że można rano śmigać samochodem...

- Usprawiedliwia się pan, będąc w rzeczywistości nieodpowiedzialnym smarkaczem! - grzmi zza ramienia bez kapelusza. Ale wie dobrze, że to ja go przywiozłem...

Yh.
W każdym razie cytrynka działa.

pan bez kapelusza to napisał 2007-05-27 18:22:14
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (3)
Duża ilość...
...wódki się przelała przez nasze organizmy przez ostatnie dwa dni. No weekend. No i juwe-srał-je-pies-nalia możnaby powiedzieć, ale to nie to.

Na juwe-mamy-je-w-dupie-nalia czujemy się za starzy, choć formalnie się łapiemy. Jeszcze. Mam nadzieję, że niedługo już się nie będziemy łapali.

Wódka lała się w okolicznościach towarzyskich dnia pierwszego, a dnia drugiego w okolicznościach kawalerskich. Niektórzy z nas są jeszcze kawalerami, więc niech będzie, że słusznie.

Natomiast wyszedłszy z okoliczności kawalerskich (wieczór to zdecydowanie zbyt mało powiedziane, raczej noc z pięknym porankiem) urządziliśmy sobie spacer. Było skąd spacerować oraz dokąd, albowiem z Dawnej Polaków Stolicy części wybitnie północnej do Dawnej Polaków Stolicy części wybitnie wschodniej kawał zaiste drogi. I prawie nie użyliśmy tramwaju. To znaczy najpierw długo pieszo, później, w okolicy pewnego szpitala, z którym wiążą się bolesne i przykre wspomnienia, siup! w przejeżdżający tramwaj wsiedliśmy, by już po trzech przystankach siup! wysiąść i kontynuować poranny spacer zygzakiem ku domowi.
Stężenie alkoholu we krwi powodowało, że droga się ciągnęła zakosami, choć w Dawnej Polaków Stolicy części wybitnie wschodniej chodniki są wyborne i szerokie i nic, tylko spacerować.
Spacerując niespiesznie drobnymi, lekko nieskoordynowanymi kroczkami w stronę przystani domowej postanowiliśmy nieco urozmaicić sobie samotność dialogiem wewnętrznym oraz podziwianiem widoków.

Obserwowanie budzącego się do życia dnia w godzinach wybitnie porannych to chyba jedna z największych przyjemności pana bez kapelusza. Intensywna zieleń wybitnie wschodniej części Dawnej Polaków Stolicy w świetle wschodzącego słońca i świeżość ulicy lekko deszczykiem omytej, bez zawartości ołowiu tak charakterystycznej dla późniejszej dnia pory, gdy automobiliści poruszą już swe maszyny jest tyleż nasączona kiczem, co piękna w sposób najoczywistszy. Jakaż szkoda, że tak nieczęsto możemy jej zaznawać...
- A może wcale nie szkoda, drogi Panie? - zza ramienia komentuje bez kapelusza. - Być może właśnie ze względu na rzadkość ową przyjemność doceniać należy bardziej? Chwile miłe miłe są bowiem, gdy doświadczamy ich od czasu do czasu.
- No niby racja, drogi Bez Kapelusza - jednakże poranność wspaniała jest rzeczą, której szczerze chciałbym doznawać częściej a żal z jej niedoznawania ma sporo wspólnego z trybem życia, jaki prowadzimy, a który to każe nam kłaść się lulu późno w nocy i późno przed południem oczy otwierać. Poranki są najzwyczajniej zajebiste.

Tak, to jest to, co byśmy chcieli robić na codzień: oglądać wczesne poranki. Tylko na trzeźwo...
Yh.

pan bez kapelusza to napisał 2007-05-13 15:52:38
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (3)
Rozmawiały ptaki.
Jeden z nich spytał Billy'ego Pilgrima:
- It-it?

Jak tylko skończyłem rozmawiać z Ojcem o ósmej rano (bo zadzwonił specjalnie...) od razu pomyślałem, że Kurt z pewnością jest już na Tralfamadorii i tak naprawdę to mu jest dużo lepiej.

Eh. No EH! Eh, eh, eh, eh...

Dzionek jest śliczny, w sam raz na umieranie. Zdarza się.

Z Galicji południowej do Galicji nowohuckiej trzeba było wrócić, upaliła się ważna rura w samochodzie i jak tylko wkroczyliśmy do mieszkania, co stało puste przez ponad tydzień, to bez kapelusza zawył boleśnie, czy to z powodu straty okropnej, czy to z powodu zbliżającej się równie okropnej chujówki.

To też się zdarza.

It-it?

pan bez kapelusza to napisał 2007-04-12 13:37:07
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (4)
Matula...
...kochana zadzwoniła o wpół do trzeciej pi em oznajmiając, że dwadzieścia pięć lat i piętnaście godzin temu byłem już na świecie.

- Starość, nie radość - filozoficznie znad mego ramienia rzecze skubiąc siwe włosy bez kapelusza. - Już się pan garbić zaczyna.

Ale garbienie nie od starości, którą niektórzy obracają w żart bagatelizując przebieg organizmu do "raptem ćwierćwiecza", jeno od nieustannego przed komputerem siedzenia, poza tym już podjęto kroki, żeby owo garbienie zwalczać.

Yh. A jednak to nie dwa, trzy, czy cztery na końcu, lecz pięć robi w głowę nieznacznie, bo to w końcu ćwierć stulecia.

- Ale jakiego! - dodaje bez kapelusza pocierając się w na czole zmarszczki.

No właśnie, jakiego...

Yh.


pan bez kapelusza to napisał 2007-02-01 14:29:16
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (10)
Jakież interesujące rzeczy...
...dostaje się od administratorów poczty będąc menszcziznom...
http://klik.wp.pl/?adr=facet.wp.pl&mid=25188

Po prostu zajebiste...

Co do planów: Pewna Droga Mi Osoba Z Najbliższego Mego Otoczenia postanowiła nie bez mojej aprobaty skorzystać z okazji aplikowania na stanowisko lektora języka polskiego jako obcego za granicą na jednej z uczelni współpracującej z Najstarszą Uczelnią w Ojczyźnie iśmy aplikowali, przy czym Owa Osoba formalnie, a ja w ogóle nie aplikowałem, bom nie kwalifikowalny w ogóle.
Nie jesteśmy specjalnie przesądni, ale nie chcemy wydawać, dokąd mielibyśmy się udawać, jeśli sprawa potoczyłaby się po naszej myśli. W każdym razie stamtąd bliżej do ciepłych krajów, albo ciepłe kraje tam już są, bo różnorakie możliwości...

Tymczasem, dokonawszy niezbędnych formalności, Pewna Droga Mi Osoba Z Najbliższego Otoczenia postanowiła się podświadomie rozchorować na dobre wybierając zapalenie oskrzeli. Przedzieranie się przez Dawną Polaków Stolicę w godzinach szczytu, a raczej przedzieranie się z pewnej wybitnie robotniczo napiętnowanej dzielnicy do centrum starej części Dawnej Stolicy Polaków w Dzień-W-Którym-Zima-Wreszcie-Nadeszła celem ujrzenia znachora i załatwienia kilku innych rzeczy to nie jest to, co bez kapelusza lubi najbardziej, a na pewno nie to, co lubi znosić godzinami na tylnim siedzeniu małego samochodu, do którego ciepełko z przednich nawiewów już nie dociera...

W każdym razie, Owa Osoba zdążyła zostawić wszelkie papiurzyska na miejscu zanim stwierdziła prawie czterdzieści stopni gorączki i zatrzęsła się w febrycznym kaszlu po nocy. Wiem, bo widziałem, jak składa, a ostatki doniosłem dziś osobiście (eh, spaceru po Rynku, kiedyż to ostatnio ich doświadczyliśmy...) i równie osobiście zostałem obudzony w nocy światła zapaleniem, gdy Owa Osoba mierzyła sobie temperaturę i wstrząsała łożem wspólnem za pomocą spazmów oskrzeli swych...

Zaniemogło biedactwo...

Ych.

pan bez kapelusza to napisał 2007-01-24 01:15:45
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (2)
Może to i okrutne...
...ale The Fool On The Hill i cała reszta MMT kojarzą mi się nieodparcie z zapierdzielaniem pieszo, o czwartej czterdzieści pięć rano poboczem autostrady do supermarketu na strasznym zadupiu w Wisconsin, ażeby wyłożyć cały stos próżniowo pakowanych wędlin, przetworów mięsnych i mięsopochodnych oraz przerzucić nieco mrożonego ścierwa z jednego końca chłodni na drugi celem zrobienia porządku. Wtedy jeszcze było w miarę jasno rankami (środek lipca mnij wincyj), już zdążyłem załatwić pierwszy z moich amerykańskich rowerów produkcji chińskiej, a jeszcze nie miałem drugiego, a pewnej drogiej mi osobie z najbliższego mego otoczenia życiowego nie było po myśli słuchanie o tej porze empetrzy, ani tym bardziej chodzenie poboczem autostrady do wyrobniczej roboty, więc mogłem korzystać z jej odtwarzałki.

Ech. Słucham tego chyba pierwszy raz od tamtego czasu. I się wyświetla w głowie zupełnie wyraźnie właśnie tamta okoliczność.

A tak w ogóle to mamy takie plany, że jak rodzicie usłyszą, to po zaksztuszeniu się czymkolwiek od razu spadną z krzeseł a potem zaczną protestować. I nie chodzi o wyjazd. Nie tak po prostu o wyjazd.

Ych.
pan bez kapelusza to napisał 2007-01-14 01:11:03
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (2)
Eh...
...
Miasto Moczem Pachnące już jutro znowu nam zapachnie.

I znowu nikt nie będzie chciał gadać po angielsku.

Ych.


pan bez kapelusza to napisał 2006-12-27 21:18:33
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (1)
RANYBOSKIE!!!
Ile trzeba pracy, tłukiem hateemelowskim będąc, żeby zrobić od podstaw stronę... Odnowiłem galerię "Strawa niechciana, strawa skrzywdzona". Tzn. musiałem od nowa napisać, choć majstersztyk to to nie jest. Ale nie ma być, więc git. Poza tym uzupełniłem o zdjęcia od kwietnia chyba. Najświeższe z dzisiaj ze spaceru nach Kombinat. Zacna piesza wycieczka to była. I kopiec W. i drogę na Niepołomice zaliczyliśmy, jednym słowem weekend jak się patrzy.

No, a galeria jest zalinkowana obok. Hieh.
-Hieh - odpowiada echo.


pan bez kapelusza to napisał 2006-12-16 23:31:14
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (3)
Ale nuda...
...tu straszna..
pan bez kapelusza to napisał 2006-12-14 12:54:55
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (0)
Odwiózłszy...
...rankiem pewną grubą, brzydką i głupią kobietę z mego najbliższego otoczenia na zajęcia hen, daleko poza Plac Centralny nie dostałem mandatu za ignorowanie poleceń policjanta z drogówki.

Alkomat wykazał brak alkoholu we krwi (co nie było tak do końca prawdą, bo nawet jedno jasne pełne poprzedniego popołudnia zostawiło niejakie ślady w mym siedemdziesięciotrzykilowym - coś przytyłem chyba - organiźmie, ale tego dowieźć mogło tylko badanie krwi, które przez chwilę pan policjant z drogówki sugerował, gdy dmuchałem wstępnie zbyt lekko, a najbliższy szpital tuż za rogiem się czaił) a i dokumenty bez zastrzeżeń się okazały, więc zostałem pouczony, że na skrzyżowaniu kierowanym nie, jak to się zwykle odbywa, przez sygnalizację świetlną, lecz przez funkcjonariusza (ładne słowo) policji winienem zwracać uwagę na tegoż gesty i sygnały dźwiękowe gwizdkiem wydawane, a nie, jak tuż przed chwilą zatrzymania, słuchać na niemal cały regulator rozkręconego radia (tak naprawdę płyty), palić papierosa i przeglądać leżącą na siedzeniu pasażera darmową, codzienną gazetę otrzymaną od darmowych, codziennych gazet rozdawacza na skrzyżowaniu wcześniej.

Przytaknąłem i w ramach oznak skruchy przeprosiłem postanawiając poprawę. Ze spanielim uśmiechem dodałem, że owo skrzyżowanie jest mi znane i z racji częstego przezeń przejazdu, i z tego, że panowie funkcjonariusze policji nierzadko na nim stoją, rzadko jednak wtrącając się w ruch celem tymże pokierowania gestami i sygnałami dźwiękowymi gwizdkiem wydawanymi.

Pan policjant coś pomruczał pod nosem o pięćdziesięciozłotowej grzywnie (bo to nie mandat miałby być) za tamowanie ruchu, jednak widząc całkowitą skruchę i wybadawszy chyba, żem ubogi, pozwolił odjechać w swoją stronę po włączeniu się do ruchu.

Dostałem na pamiątkę ustnik od alkomatu i z równie wielką ulgą, co skruchą uruchomiłem motor mego samochodu i ostrożnie odjechałem w swoją stronę po włączeniu się do ruchu.

- Ych - powiedział bez kapelusza, gdy włączył ponownie radio sięgnąwszy ramieniem z tylnego siedzenia, ale nie wiedziałem, czy to "ych" było natury refleksyjnej, czy raczej z wysiłku przedzierania się między przednimi fotelami ku amplitunerowi.

A panowie funkcjonariusze policji dalej kierowali ruchem na pewnym zatłoczonym skrzyżowaniu w centrum pewnego starego miasta, które nie dość, że mgłami gęstymi, to jeszcze nadzwyczajnymi korkami powodowanymi przebudową ważnego węzła komunikacyjnego jest nękane, i pewnie żyli długo i szczęśliwie, gdyśmy jechali z powrotem ku Placu Centralnemu, od którego wszystko hen, daleko jest położone...

pan bez kapelusza to napisał 2006-12-01 20:56:40
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (1)
Postanowiliśmy...
...się ponapierdalać z P. na skarpetki, bo ona stwierdziła, że w czterdziestu stopniach się nie dopierają (wspominałem, że heroicznie sam przywiozłem z rodzinnego Domu naszą pralkę, bo przecież stała tam nieużywana, bo przecież tu nie była potrzebna, bo przecież mieliśmy tutejszą?) do białości, na co od razu honorowo zakrzyknąłem, żeby sama sobie gotowała onuce z dodatkiem wybielacza i zaproponowałem mały czalendż. Dostałem jedną z owych białych w zielone paski skarpetek i po wstępnym wywijaniu w powietrzu starliśmy się niczym madafakeskie elfy z madafakerskimi orkami. I już po sekundzie okazało się, że ja mam nadgarstek trwalszy, niż ze spiżu, a na pewno mocniejszy niż kostki dłoni P. Spuchła mocno i zadawszy kilka ciosów została uratowana przez K. (krewny bliski owej), który z dmuchaną szablą z kolekcji happy meal amerykańskiej szybkojadłodajni z Piratów z Karaibów dzikim pędem wpadł na odsiecz. No i po chwili ustalono remis i zawieszenie broni było nieuniknione.

To była jedna bitwa, ale wojna trwa.

pan bez kapelusza to napisał 2006-11-29 00:22:09
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (2)
Pralka żywym ogniem zapłonęła...
...i wyzionęła ducha w postaci kłębu czarnego dymu stopionych izolacji, gdy w końcuśmy ją dla bezpieczeństwa, wyrwawszy oczywiście czemprędzej wtyczki z gniazdka polali wodą przegotowaną z czajnika.

- Ech, khykhy - zakrztusił się zamyślająco pan bez kapelusza - i po pralce, stwierdzam.
Stwierdziwszy zgodnie zgon zadumaliśmy się za nim podobnie, bo jak tu nie dumać, gdy pralka sczeźnie w bólach?

- No nijak się nie da nie zadumać - odpowiada na tę kwestionę retoryczną bez kapelusza.

Dziś (albowiem zgon nastąpił dni kilka temu) natomiast paląc na balkonie papierosa, spostrzegłem dwóch dżentelmenów wieku poniżej trochę średniego, którzy zawodowo złom zbierają i fundusze z niego pozyskane na uciechy ciała i ducha wymieniają. Wystrzeliłem zatem ochoczo z balkonu do wewnątrz domostwa, z domostwa na korytarz, skąd niczym pocisk siłą wystrzału armaty niesiony popędziłem do miejsca pracy owych strudzonych hedonizmem mężczyzn, gdzie zastałem ich zaciekle walczących o pokrywkę aluminiową do garnka.

- Panowie, złom zbieracie? - zapytałem
- Zbieramy - powiedział ten trzeźwiejszy na ciele i umyśle.
- A pralkę byście wzięli? - dopytałem, by zyskać pewność.
- Wzięlibyśmy! - utwierdził mnie w przekonaniu ten drugi, który na słowo "pralka" nagle się ocknął z jesiennej melancholii.

- Bardzo sprytnie pan to sobie umyślił - zachwycił się bez kapelusza - tyle że mnie się nie bardzo uśmiecha nosić sto kilo Polara mejd by Predom, nawet tylko z drugiego piętra i nawet tylko w dół.
- Mnie też nie - odrzekłem rzucając się do odkręcania przewodu do wody, który im na nic przecież, a mnie do kolejnej pralki jak znalazł - Dlatego sami ją zniosą!

Jak bardzo się wtedy myliłem... - pomyślałem.

- Jak bardzo się pan wtedy mylił! - przeczytał zza moich pleców bez kapelusza.

To znaczy trochę znieśli.

Wróciłem na nasze drugie piętro spocony i z lekka cuchnący, bo przebywanie w owych dźentelmenów towarzystwie implikuje niejaki smrodek. Bynajmniej nie tylko własny.

Ale wolałem im pomóc, bo ten z przodu, mniej trzeźwy i gorzej zbudowany wyraźnie sobie nie radził i nie rozumiał, że noszenie stu kilogramów pralki nie może się udać, jeśli chwycimy ją za cienki kawałek blachy nie dającej się domknąć klapy, poza tym cisi, wykształceni i o wysokiej kulturze sąsiedzi wyzierając zza swoich antywłamaniowych drzwi dawali już wyraz swojemu zainteresowaniu wzmożoną aktywnością sejsmiczną schodów, gdy niedużej czystości panowie raz po raz przykucali z niemałym impetem co trzy schody kurwując do siebie, choć wcale nie pod nosem, a ślizg pralki, wcale nie w stylu majestatycznie brnącego przez dolinę lodowca, ale raczej cielącej się góry lodowej wydawał się zbliżać w dużym tempie.

Równie uprzejmy, co zdziwiony sąsiad z trzeciego piętra przytrzymał nam drzwi na dole i byliśmy w domu, choć poza domem. Podziękowaliśmy sobie wzajemnie za współpracę i rozeszliśmy się w swoje strony: ja na drugie piętro, panowie szukać "środka transportu", który szlachetnie opisany okazał się być wózkiem spacerowym o trzech, choć niegdyś o czterech kołach.

- Czyli okazało się, że ponownie pana palenie na coś się przydało, bo wypatrzył pan pralkobiorców - zagadał mnie wcale nie spocony bez kapelusza przyglądając się jak w transie zeskrobywałem z dłoni mydliny z resztkami wspomnienia kontaktu niemal cielesnego z poszukiwaczami skarbów.

Nie odpowiedziałem, bo słyszałem tylko szum oczyszczającej, chlorowanej, dobrej, nowohuckiej wody.

A może nie chciałem usłyszeć, bo jeszcze by się zaczął czepiać, że miałem od razu po Chorwacji rzucić...

Ech.



pan bez kapelusza to napisał 2006-11-14 15:54:55
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (10)
Wymiękamy...

JEZUS MARIA, POPIERDOLIŁO ICH ZUPEŁNIE!!!


pan bez kapelusza to napisał 2006-11-08 16:36:14
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (2)
Siedem Stadiów Życia Banana
Przypomniały mi się tablice bananowe, tzn. tabele pokazujące pracownikowi działu "produce" amerykańskich supermarketów, w jakim momencie żywota jest owoc. W zależności od powierzchni zajmowanej przez kolor zielony, żółty, czy brązowy można było określić, czy banan idealnie nadaje się do bezpośredniego spożycia, zmiksowania w koktajlu, dekoracji tortów (brrrr! amerykańskie torty - fuj!), czy dalszego oczekiwania na konsumenta na półce. Nazwałem to spontanicznie siedmioma stadiami życia banana, co poruszyło lawinę innych ciekawych wspomnień z niedawnego pobytu w Kraju Wielkich Możliwości. Obecnie w NH gościmy pana F., który również ostatnimi czasy wrócił, więc zabawa jest przednia. Zasadniczo nikomu z nas nie chce się tam wracać w charakterze pary silnych, niezmordowanych i bezmyślnie wykonujących amerykańskie polecenia rąk.

Ech.
Czyżby pozostała nam jedynie rodzima E.?

- Bynajmniej - wtrąca się pan bez kapelusza. - Należy należycie eksplorować krainy dalekiego wschodu, południa afrykańskiego, Aut-stralii odwróconej równoleżnikowo i pororocznie, poszukiwać nowych lądów, zaskakiwać spontanicznymi wyprawami w Nieznane, sprawdzać, dociekać, czy gdzieś nie brakuje taniej siły roboczej, tych naszych rodzimych wołów, co żadnej wyciskającej z ciała soków pracy się nie boją, zasiedlać jeszcze nie objęte naszymi spracowanymi ramionami powierzchnie, tytanicznym wysiłkiem pokazywać Światu i Naturze (poeta Wordsworth zawsze pisał Naturę przez wielkie EN - co wiemy z niedawnej nauki...), kto jest wart uznania, pochwały, peanów i innej poemy i kogo czcić trzeba na tym Boskim Wytworze. Naprzód Dzielny Narodzie Wspaniałych Istot Ze Stali, Żelazobetonu i Krwi! Przed Tobą Wyzwania, hen daleko Twe miejsce! Tam rozwiniesz Ludu Tytaniczny Skrzydła Białe a silne, które porwą Świat ze sobą w dal Nieznaną, Nieodkrytą, dal Wielkich Oczekiwań Wobec Najsilniejszych!!! Naprzód, naprzód!!!

...i tu Bez Kapelusza wznosi ręce i pręży pierś wypukłą, tło zaciera się i tylko czerwień światła bije zza Niego, postać Owa zaczyna wznosić się na podeście, który góruje nad wpatrzonymi Weń tysiącami wiernych oczu. Głos Jego niesie się na mile, południki całe przekracza nieosłabion, fanfary same zaczynają dąć w tle, Tryumf jego przemowy jest całkowity i oczywisty. Purpurowa kurtyna nie czekając na oklaski z wolna opada przed nieustającym w mówczej ekstazie Bez Kapelusza i wtedy wybucha churaganowym impetem aplauz zarówno na scenie, jak i na widowni, która otumaniona jest wspaniałością Mowy... Spektakl sięga absolutu! Ahhh!!! Ochh!!! Eechhhh! C'est magnifique!!! OOOOO!!!


pan bez kapelusza to napisał 2006-10-20 00:14:26
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (4)
W następnym odcinku cyrku bez kapelusza:
- jak rzucić skutecznie palenie po dwóch latach niepalenia i pewnym tytoniowym epizodzie...
- jak przekonać władze uczelni, żeby uwierzyły w bzdury, jakie się im opowiada oraz jak nie uczyć się skutecznie przez pięć lat...
- co zrobić, gdy administracja osiedla uparcie nie grzeje...
- jak przeżyć bez mebli...
- czego może chcieć żona mówiąc "bądź bardziej męski, jak dawniej"...
- o jakiej porze roku podlać drzewo ropą, żeby skutecznie je zabić oraz o innych sposobach przetrzebiania lasu zasłaniającego światło w pokoju dziennym...
- miłość do władz kontra miłość do samego siebie...
- co dobrego zjeść, gdy się jest głodnym a kolega cały dzień nurkował i też jest głodny...
- jak połykać miecze, ogień, słonia i lwa
- dwóch klaunów oraz ślepy mim
- cztery egzotyczne tancerki
- orkiestra dęta
- kobieta z brodą, kobieta guma, kobieta - Hulk Hogan i inne atrakcje...
- przyprowadź rodzinę - ciekawe zniżki!
- to prawie przedostatni występ w tym sezonie - nie przegap!

ps. godzina 14.12. właśnie usłyszałem szum wody w kaloryferze. jest git.
godzina 14.35 - kaloryfer robi się nieśmiało letni! bosko!

18.11: ciepełko powoli wypełnia mieszkanko. Kochana osoba przyniosła materiał na mielone i już skwierczy z patelni.
- Mniam mniam - zachwyca się pan bez kapelusza - Zaiste tęstkniłem za mielonym, a pan?
- A i owszem...

pan bez kapelusza to napisał 2006-10-16 12:08:00
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (4)
Jestem...
...chujowym człowiekiem. Spieprzyć sobie wszystko tak dokładnie to trzeba umieć.

Boli.
Głupota głównie. I sumienie.

pan bez kapelusza to napisał 2006-10-13 11:18:28
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (3)
Wróciliśmy...
...z dominującym nad wszystkim poczuciem żalu z zostawienia Dalmacji samej, bez nas.

Jachcichsze obce, choć kochane zostawiliśmy w rękach jakichś nieznanych nam ludzi. Zostawiliśmy również psa, sukę w zasadzie, mieszankę wyżła z dalmatyńczykiem, choć niektórzy twierdzili, że to taki poprostu wyżeł jest, w wieku miesięcy kilku raptem, która błąkała się po ciemku po marinie początkowo zdając się szukać zgubionej pani lub pana, jednak z czasem udowadniając brak takowej osoby. Kilka godzin z nami przy naszych tobołach spędziła, bo czekaliśmy na transport szukając właścicieli, jednak się owi nie znaleźli. Szybko psinę Zęza nazwaliśmy. I byśmy ją chyba zabrali, gdyby nie brutalny głos rozsądku, który stwierdził, że w takim miejscu i klimacie pies na pewno przeżyje długie lata i sobie poradzi. Chlip, chlip...

Zdjęć mamy ze dwa tysiące.

I dziennik pokładowy.

I chyba aż sobie wspólną z rodzeństwem P. stronę zrobimy o tym i owym. Chyba. Gdzieś to trzeba uwiecznić.

Póki co miejsce, gdzie zostawiliśmy Zęzę. Pewnie gdzieś się tam błąka.
Tutaj właśnie
Yh.
pan bez kapelusza to napisał 2006-10-08 22:42:22
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (3)
Może to...
...i kurestwo robić takie rzeczy, ale chuj tam, wszyscy się załapują mówiąc choćby tak lub nie.

Bo w związku z tym, że znajomi za znajomymi się do ołtarza prowadzają dobowolnie, bezdzietnie, to zaczęły się nieco inne rozmowy. I stwierdziłem, że Gosia w ciągu roku dziecko urodzi, choć nic na to na pierwszy rzut oka nie wskazuje. Tylko że jak się jedzie z Kraku do Bydgoszczy do szkoły specjalnej zawodowej polskiego uczyć i kupuje od razu mieszkanie w płycie (eh, są miejsca tańsze nieco, od naszego) i ogólnie tuż po ślubie realizuje się polisz drim, to nie jest już młodzieżowe i najwyższy czas myśleć o dziecku.

Wg mnie będzie Jacek. To ładne imię, Gosi się spodoba...

Ale nic tam, znowu sobie wszystko spierdoliliśmy równo, bardzo, choć jeszcze nie boleśnie. Jak się człowiek mocno w coś przypieprzy, to najpierw do niego dociera fakt przypieprzenia, a potem dopiero pierwsza fala bólu, po sekundzie odpływa i znowu uderza. Teraz czekamy na pierwszy raz.

- Bo leniem i leserem trzeba być umieć - komentuje pan bez kapelusza nie ucząc się do jutrzejszego kolokwium dla spóźnionych... - Nie można sobie tak po prostu olewać, trzeba być leniwym do tego stopnia, żeby olewanie z trudem przychodziło i po nicnierobieniu mieć uczucie zmęczenia ciężką pracą.

Ale nie rozczulajmy się zbytnio, bo za dwa dni, to jest pojutrze wyjeżdżamy na Adriatyk pojachtować sobie nieco. Płakać się chce pomyślawszy, ile normalny człowiek w tym czasie mógłby się nauczyć.
Sporo. Sporo sporo.
W sam raz jest wyjazd na początek roku.

Uda nam się od razu coś zaniedbać i zawalić. Choć nie do końca, bo uprzedziliśmy większość zainteresowanych.

Uh. Jednak się do czegoś wezmę.
Może.
Mmmm... morze. Morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew.

Yh.
pan bez kapelusza to napisał 2006-09-27 22:17:45
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (4)
Z przedwakacyjnego planu zagospodarowania września...
...zdołaliśmy już odwalić dwa wesela.
Mamy kaca. Znaczy, że to wczorajsze się udało.

Z mniej przyjemnych to przynajmniej jeden zdany i przynajmniej jeden niezdany egzamin, nieco nerwów przed kolejnymi i kurczący się zapas czasu.

Nawet się jeszcze nie zdążyliśmy zacząć sprowadzać do Mieszkania, do czasu powrotu z jachtingu pożyjemy głównie na podłodze (dobrze że są parkiety).

I cały czas pewne rzeczy odsuwamy na bok, bo mniej pilne, choć nam do nich pilno.

A Mama chce kupić jamnika jednak. Mieliśmy przez lata jamnika, co zabijał wszystkich wokół Mamy, a także oddechem raził nieświeżym, ale się skończył jamnik. W międzyczasie Rodziciele załatwili sobie owczarka-strasznie-ogromnego-jak-na-rasę- niemieckiego, który wyrósł w traumach szczenięcych i strachu przed jamnikiem na spokojne i potulne bydlę, co śpi tylko i popierduje ewentualnie (na starość mu się wzmocniła ta cecha). Teraz wyrośnie jamnik (Mama nie dała sobie wyperswadować jamnika i wperswadować wyżła, niestety), który zapewne będzie dominował nad zastraszonym owczarkiem. Strach się bać, gdy tylko zacznie kąsać.

W każdym razie (pisałem kiedyś o liczniku słów i zwrotów na blogu...) okres przejściowy mamy. Dużo w planach, zwłaszcza zakupów.

I musimy wszystkie te filmy obiecane sobie obejrzeć.

Yh.


pan bez kapelusza to napisał 2006-09-17 23:56:59
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (2)
Yeah!
Yeahsteśmy w domu. W domach. Tu i tam.

Z radością ujrzelismy Azora. I mamę, tatę, mamę i tatę. Komplet mam i tatów. I Azora.

Jeszcze nie osiedliśmy z powrotem w domu, bo mamy nowy Dom (szósty w ciągu ostatnich pięciu lat - właśnie zaczęliśmy rok szósty właśnie...), a życie chwilowo składa się z podróży i wydawania pieniędzy w przeciwieństwie do ostatnich miesięcy składających się z ciężkiej pracy i oszczędzania.

W planach jeszcze tylko podróż po Adriatyku luksusowym jachtem w doborowym towarzystwie. To w początku października. Do tego czasu za to osiem egzaminów. Osiem zaległych egzaminów. Szit i fak.

I co więcej? Ano kupiliśmy od razu odtwarzacz do samochodu i wreszcie w wojażach towarzyszy nam muzyka. Mmmm, muzyka nie słyszana, bo nie słuchana od miesięcy. Super.

Poza tym wszyscy zdrowi. Rzułf tylko straciła na zawsze futrzaka, bo to już stare i niedołężne było... Chlip dla futrzaka bo zajebisty był.

I co? I szósty z kolei rok to samo uczucie. Ten sam zapach jesieni na horyzoncie, to samo miłe uczucie, gdy pierwszy raz od dawna się na Rynek wejdzie. Hyh. Miło.
I niestety coraz mniej starych znajomych, bo wrócili do swoich zadupiaszczych puebli, albo powyjeżdżali do kraju dumnego Albionu tudzież peryferiów tegoż.

Yh.

A o Kraju Zjednoczonych Wielkich Możliwości, Wspaniałych Ludzi i Słusznych Idei nie chce nam się pisać.
Nie że jesteśmy rozczarowani, albo co, po prostu nam się nie chce pisać. Filmy wystarczy obejrzeć. Tam prawda czeka.

I co? Pozostali znajomi się starzeją i zaczynają żenić...

- Bhwrhrwkkkhhhppfffff!!! - zakrztusił się herbatką pan bez kapelusza, który właśnie wykąpawszy się w nieśmierdzącej-nieniegdyśstołecznej wodzie przeczytał za moimi plecami ostatnie zdanie...

I tyle. Muszę go poklepać po plecach, bo się nie przestanie krztusić.

Zmęczeni jesteśmy.
Dość.


pan bez kapelusza to napisał 2006-09-08 01:07:36
...popisać o tym chcesz, to sobie popisz z uznaniem lub bez, choć nie gwarantujemy interakcji... skomentuj (4)


Loża ciuli zostawiających reklamy z dupy wziętych stron
i zwykłych czytelników

JESCZE BARDZIEJ UPROSZCZONA, UAKTUALNIONA, NASYCONA STRAWIM NIESCZĘŚCIEM
Galeria bez kapelusza

Pod nieobecność możemy być również
myślami przy jaku

potyczki poczytki
Pan Muchomor!
pan, którego żona opierniczyła
Sukkubus
kabusia
jesienna
ojoj - kotoju dobre
Pulcheria
Biedro. lecz może raczej Marc.
Śmieszka.. tudzież Dziudzia..
Dodek
Margareta

2009
marzec
2008
październik
wrzesień
2007
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec